niedziela, 10 sierpnia 2014

Zmiany. Te dobre i te gorsze.

Witajcie. Dzisiejszy post będzie trochę inny niż pozostałe. Pewien rodzaj moich przemyśleń, a może zwykłe wylewanie swoich smutków.

Generalnie lubię wakacje. Ale muszę przyznać, że jestem rodzajem człowieka, który bardzo powoli dopuszcza do siebie drugą osobę i niełatwo jest zdobyć moje zaufanie. Nie raz przekonałam się, że lepiej po prostu się zamknąć oraz zachować pewne kwestie dla siebie niż ulec chwili i powiedzieć coś, czego będziemy potem żałować. To może utrudnić nieco znajomość ze mną, bo nie do końca potrafię się otworzyć.

obrazek - click

Wakacje nie są dla mnie do końca szczęśliwym okresem. Bo co może być radosnego w jednej wielkiej rutynie? Czytałam już na dziesiątkach blogów (i oglądałam tyle samo vlogów) na temat postanowień wakacyjnych, wyjazdów, spotkań ze znajomymi. U mnie tego po prostu nie ma. Na początku lipca, przez tydzień (może dwa?) spotykałam się ze znajomymi, ale w końcu zaprzestaliśmy. W końcu, co można razem robić przez tyle czasu, kiedy nie wiemy o sobie tak naprawdę nic, udajemy przed sobą kogoś, kim nie jesteśmy, uważamy na każde wypowiedziane słowo?

Mam tylko jedną bliską mi osobę, przy której zachowuję się naturalnie. Mimo że ta osoba mieszka bardzo daleko ode mnie, nadal mamy świetny kontakt i regularnie się spotykamy. Tylko, co stanie się, kiedy pójdę do gimnazjum? Nie będę uczyć się razem z nią. Nie mam pojęcia, jak się tam odnajdę. Nie potrafię tak szybko przyzwyczaić się do zmiany. Odejść od tego, do czego się przyzwyczaiłam. Porzucić wszystkie lepsze czy gorsze znajomości i zacząć od nowa.

Dla wielu gimnazjum to nowa przygoda i świetna zabawa. Może dlatego, że znają się z połową gimnazjalistów z naszej szkoły? Ja niestety nie mam takich „znajomości”. Nie znam tam praktycznie nikogo. Nie chcę wcale tam iść. Nie mam pojęcia… O rany, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo boję się zmian. Chyba powinny się one znaleźć na podium w moim poprzednim poście.

W każdym razie… Pożyjemy, zobaczymy. Być może klasa, do której idę nie okaże się wcale taka zła? Zauważyłam tam sporo nieznanych nazwisk z innych szkół niż podstawówka w naszym mieście, więc może nie tylko ja będę zagubioną pierwszoklasistką nieznającą nikogo. Przy okazji pozmieniałam trochę w wyglądzie bloga i dodałam muzykę, która inspiruje mnie każdego dnia (znalazła się tam na razie namiastka mojej playlisty, ale z czasem pojawi się więcej utworów). Tak, to te dobre zmiany z tytułu. Bo takie zmiany nikomu nie szkodzą i nie są drastyczne, one są po prostu potrzebne.

Mam nadzieję, że post Was zainspirował, choć wielu z Was pewnie po prostu zdołowałam (albo zanudziłam). Mimo wszystko zachęcam do przemyśleń w komentarzach (oraz dziękuję za te przy poprzednim poście, cieszyłam się jak dziecko czytając każdy z nich).  

piątek, 8 sierpnia 2014

TAG: 10 rzeczy, których się boję

Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z Tagiem na temat rzeczy, które przyprawiają mnie o dreszcze. Generalnie jestem typem człowieka, który boi się własnego cienia, więc tych punktów jest na pewno więcej niż 10, ale wymienię te, które obecnie przychodzą mi do głowy. Z góry uprzedzam, że post będzie długi, więc proponuję wziąć coś dobrego do picia, zaopatrzyć się w przekąski, usiąść wygodnie i zagospodarować trochę czasu na czytanie :). Zaczynamy!

10.Landrynki. Wiem, brzmi to dosyć dziwnie. Większość osób prawdopodobnie bardzo lubi słodkości oraz smakołyki i uwierzcie, że ja również jestem wielkim łasuchem. Jednak landrynki czy różnego rodzaju „twarde” cukierki, nie kojarzą mi się zbyt dobrze. Jako mała dziewczynka bardzo lubiłam tego typu rzeczy. Aż do dnia, kiedy jedna landrynka mogła sprawić, że udławiłabym się i po prostu umarłabym. Dzięki mojej mamie przeżyłam i mimo że dzisiaj nie boję się zjeść takiego cukierka to bardzo „uważnie” go jem, jakkolwiek to nie brzmi :).

zdjęcie - click

9.Iluzjoniści. Nie mam tutaj na myśli zwykłych sztuczek karcianych, prostych iluzji, takich „pospolitych” pokazów magii. Mówię tu głównie o Dynamo, bo to chyba jedyny iluzjonista, którego oglądam na bieżąco i każda jego sztuczka zapiera dech w piersiach, wszystko jest dopracowane. Mimo że ludzie odkrywają sekrety niektórych jego sztuczek to i tak nie potrafią zrobić ich tak wspaniale jak robi je on. Sztuczka to nie tylko techniczne sprawy, to też rozmowa, odpowiedni dobór słów, charyzma, pewność siebie. Poza tym te najwspanialsze z iluzji (chodzenie po wodzie, podnoszenie ludzi, przenikanie przez szybę, znikanie, czytanie w myślach) nadal owiane są tajemnicą i to one powodują u mnie dreszcz. Zawsze pod koniec odcinka Dynamo wykonuje popisowy numer, coś, czego autentycznie się boję. Za każdym razem pod koniec mam gęsią skórkę i nie jest to przenośnia, a fakt. Z jednej strony go podziwiam, bo znam jego historię, wiem, dlaczego zajął się magią. Jego program to coś więcej niż same sztuczki - opowiada tam o sobie, swoich wspomnieniach, jest całkowicie szczery w tym, co robi. Ale z drugiej strony po prostu się go boję. To, co jest nam obce często wywołuje lęk, niepewność i tak też jest w tym przypadku. Jeśli nigdy nie mieliście z nim styczności to polecam obejrzeć jeden z jego odcinków, a przekonacie się, co mam na myśli.

8.Ciemność. Ten lęk był chyba najsilniejszy, kiedy byłam małą dziewczynką - lubiłam wtedy spać przy lampce, bałam się „potworów ciemności”, strachów spod łóżka i innych wymysłów dziecięcej wyobraźni. Teraz mogę nawet stwierdzić, że lubię ciemność, jednak, kiedy obejrzę coś strasznego, ktoś zasieje we mnie jakąś niepewność i dodam do tego brak światła, po prostu się boję.

7.Zmiany. To jest trochę skomplikowane. Na początku bardzo chcę coś zmienić, myślę, że to będzie coś doskonałego, ale po jakimś czasie stwierdzam, że boję się efektu, nie wiem, co mnie spotka itd. Tak jest również teraz, ponieważ po wakacjach idę do pierwszej klasy gimnazjum – wcześniej cieszyłam się, że nareszcie coś się zmieni, przez pierwsze miesiące na pewno będzie to coś nowego, jakaś fajna przygoda. A teraz? Sama już nie wiem. Z jednej strony chcę tam iść, ale z drugiej nie wiem, co mnie spotka.

6.Klaunowie(?). Myślę, że z tym problem ma sporo osób. Są po prostu przerażający. Tak samo jak joker czy błazen, klaun jest trochę dziwny, mogłabym powiedzieć psychiczny… Co dziwne, wcześniej nie miałam z tym problemu, ale kiedy przyjaciółka pokazała mi kilka filmów w Internecie, gdzie człowiek przebrany za klauna straszy ludzi, udaje, że zabija innych, chce coś podpalić (oczywiście wszystko na niby, ale to i tak budzi niechęć), mój strach do klaunów się poszerzył.  

5.Burza. Kiedy mieszkałam jeszcze w bloku, gdzie był zamontowany piorunochron, burza nie była dla mnie czymś strasznym, wiedziałam, że jestem bezpieczna i nic mi się nie stanie. Natomiast, gdy przeprowadziłam się do domu, gdzie nie ma piorunochronu nie czuję się dobrze podczas burzy. Kiedy słyszę grzmoty gdzieś daleko to nie ma jeszcze w tym nic strasznego, ale jeśli trzaski są bardzo głośne i czuję, że piorun mógłby uderzyć w mój dom, robi mi się niedobrze.

4.Brak prądu, kiedy na dworze jest już ciemno, a jestem sama w domu. W takich sytuacjach czuję się po prostu potwornie. I pal sześć, jeśli nie jest tak ciemno, żeby włączać światło, ale jeśli siedzę sama w pokoju, niebo jest po prostu czarne i nagle wyłącza mi się lampka – to trochę jak scena ze strasznego filmu. W horrorach zazwyczaj po czymś takim dzieje się coś strasznego. Pamiętam dokładnie sytuację, kiedy miałam około dziewięciu lat, nagle wyłączyło się światło, byłam wtedy w kuchni. Dosłownie nie mogłam się ruszyć z miejsca, siedziałam jak sparaliżowana na krześle. I wtedy zadzwonił telefon. O rany, każdy, kto miał kiedyś taką sytuację, wie, o czym mówię – bałam się odebrać, ba, w ogóle spojrzeć, kto dzwonił. Kiedy telefon zamilkł, jak najszybciej zadzwoniłam do taty i rozmawiałam z nim tak długo aż nie włączyli prądu. Teraz się z tego śmieję, ale nigdy nie zapomnę tej historii.

3.Wieczór, pusta ulica, a ja sama idę do domu. Tak jest najczęściej w okresie jesienno-zimowym, kiedy kończę później lekcje. Tam, gdzie mieszkam, muszę wrócić autobusem, więc teoretycznie wszyscy myślą, że ten problem mnie nie dotyczy. Nic bardziej mylnego. Wysiadam z autobusu i wokół wszystko jest oświetlone, chodzi tutaj bardzo dużo ludzi. Ale kiedy idę dalej, zbliżając się powoli do domu, wkraczam w uliczkę, gdzie jestem praktycznie sama. Dlatego każdy człowiek, którego zauważę wzbudza moje podejrzenia. Co chwila odwracam głowę, jest mi gorąco, czasami zaczynam biec, panikuję. Dlatego ten punkt jest u mnie na podium pod względem sytuacji, których się boję.

zdjęcie - click

2.Horrory. Wiem, że może się to wydawać logiczne, bo horror jest po to, aby się właśnie bać, ale ja naprawdę nie znoszę horrorów. Oczywiście, kiedy jestem w gronie znajomych czy razem z przyjaciółką to możemy obejrzeć horror, żeby potem się wspólnie pocieszać i śmiać się z tego jak się boimy. Ale generalnie bardzo nie lubię takich filmów, po prostu mnie obrzydzają i najzwyczajniej w świecie się ich boję.

1.Pająki, osy, pszczoły, bąki, komary, kleszcze… itd. Nieraz przez nie płakałam, piszczałam, było mi gorąco, uciekałam, panikowałam, raz nawet spałam na kanapie w salonie… Po prostu nie znoszę takich owadów (oczywiście nie wszystkich, ale większości). Jest tyle historii związanych z nimi, że nie wiem, na którą się właściwie zdecydować i najlepiej nie napiszę nic – po prostu to na pewno numer jeden na mojej liście i nic tego nie zmieni.

To już wszystkie 10 rzeczy, których się boję. Mam nadzieję, że post Wam się spodobał i zainspiruje Was do napisania podobnego na swoim blogu. Dziękuję bardzo tym, którzy przeczytali wszystko od początku do końca, bo wiem, że artykuł nie należał do najkrótszych!

Podobał Wam się post? Myślicie, że był za długi? Czy Wasza lista wyglądałaby podobnie?
Zachęcam do pisania komentarzy, bo to bardzo motywuje!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Burza i książki

Nie muszę chyba wspominać, że cała Polska spotkała się dzisiaj z falą upałów - w moim mieście termometry wskazywały ponad trzydzieści stopni! Nie miałam siły nigdzie dzisiaj wyjść, po prostu moje ciało odmawiało posłuszeństwa, siedziałam tylko w ogrodzie i uzupełniałam płyny w postaci kompotu z mirabelek oraz mrożonej herbaty. Pod koniec dnia przyszedł jednak ten kojący deszcz wraz z burzą (już mniej kojącą). Siedząc tak przy mojej lampce, pomyślałam, że bardzo mało czytam w te letnie dni. W tym czasie przeczytałam zaledwie jedną książkę, przy czym w poprzednie wakacje potrafiłam przeczytać ich cały stos. Burza to oczywiście najlepszy moment do czytania (i grania w gry planszowe), dlatego też usiadłam z "Domem pod pękniętym niebem", który już miesiąc temu został przeze mnie wypożyczony, a jakoś nie miałam okazji, aby do niego zajrzeć. Muszę przyznać, że zapowiada się naprawdę ciekawie i groźnie, dlatego cieszę się, że wrócę do starych nawyków. Przy okazji chciałabym serdecznie polecić Wam książkę, którą przeczytałam ostatnio w bardzo szybkim czasie - jest to "Herbata szczęścia", pierwszy tom sagi "Blask Corredo". Zachwyciłam się nią i zakochałam już od pierwszych słów napisanych przez Agnieszkę Grzelak.

gif - click

Naprawdę nie jestem dobra w pisaniu recenzji czy opinii na temat czegoś, bo albo zdradzam za wiele albo nie potrafię zachęcić. Powiem tylko, że to na razie najlepsza polska książka fantastyczna jaką czytałam. Są w niej zawarte nieziemskie opisy przyrody, które aż emanują magią i niezwykłością, są momenty wzruszenia, ale także grozy i przerażenia. Jest to tytuł godny polecenia i na pewno w najbliższej przyszłości sięgnę po jej kolejne części.

A Wy, jak spędziliście ten gorący, letni dzień? Czytaliście już coś w te wakacje?
Zapraszam do komentowania, bo to bardzo motywuje!
Copyright © 2014 Betty

Designed By Darmowe dodatki na blogi